w Toruniu


Czekamy na wasze zdjęcia i opowieści o Bydgoskim!!

Jeśli chcesz wiedzieć co się dzieje na Bydgoskim zapisz się na newsletter

e-mail:

.......................................

KONTAKT

bydgoskie@gmail.com




-----------




Blog > Komentarze do wpisu
Zofijówka - Bydgoska 26

W dwudziestoleciu międzywojennym do Torunia przyjeżdżają Witkacy, Przybyszewski, Osterwa. Wszyscy zatrzymują się w pensjonacie Zofijówka, czyli "u pani Kazi". To jeden z ostatnich w kraju salonów artystycznych opartych o tradycje Młodej Polski - pisze Maciej Czarnecki

Zofijówka Bydgoskie Przedmieście

Bydgoska 26 - lata 20 / zdjęcia za gazeta.pl

zaofijowka bydgoskie przedmiescie 

Bydgoska 26 - dziś

 

Kiedy w 1921 roku niespełna 40-letnia Kazimiera Żuławska przeniosła się do Torunia, ruszyło za nią z pół artystycznej Polski. W Zofijówce, schowanej wśród drzew pruskiej kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu, pojawili się jej przyjaciele z Zakopanego, Krakowa, Lwowa: Tymon Niesiołowski, Karol Zawodziński, Józef Osterwa, Stanisław Przybyszewski, Stanisław Ignacy Witkiewicz. I wielu innych, których nazwiska nie brzmią dziś dla nas tak znajomo. Jak niepozorna wdowa mogła przyciągnąć za sobą tylu luminarzy?

- Babcia po prostu kochała życie towarzyskie. Spotkania, zabawy, kawiarnie - to był jej żywioł. Kochała ludzi. Pewnie dlatego tak do niej lgnęli - śmieje się Agnieszka Umeda, jej wnuczka, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jabłko niedaleko pada od jabłoni.

Rozmawiamy przy stole uginającym się pod stosem starych fotografii, w jasnym pokoju na Żoliborzu. - Artyści przyjeżdżali do Torunia najpierw prywatnie, potem także w sprawach zawodowych - opowiada Umeda.

Witkacy poznał tu dyrektora miejscowego teatru Mieczysława Szpakiewicza, który wystawił jego dwie premierowe sztuki. Utrzymywał też ożywione kontakty z Niesiołowskim. W latach 20. zorganizowali kilka wspólnych wystaw, m.in. w Poznaniu i Warszawie. - Potem ich kontakt osłabł - mówi córka artysty Dorota Niesiołowska.

Z kolei Osterwa rekrutował do Reduty toruńskich aktorów. Nie miał z tym żadnego kłopotu, bo połowa ówczesnego zespołu mieszkała właśnie u pani Kazi.

Ot, choćby Ela Łabuńska - posągowa piękność międzywojnia, Ślązaczka, która nadludzkim wysiłkiem opanowała w lot język polski, by zagrać kiedyś w Warszawie. - To była świetna aktorka, ale typ nimfy, rozpieszczonej damy. Cały czas musiała mieć kogoś obok siebie - mężczyzn, adoratorów, pomocników. Babcię strasznie to drażniło, bo była innym typem kobiety - wyjaśnia pani Agnieszka. - Kiedyś przyłapała Elę na płaczu i dopiero dała jej burę. Ale zaraz potem przyniosła zupę. Takim była człowiekiem - szorstkim i wymagającym, ale dobrym.

Witkacy wychodzi z szuflady

Tę szorstkość odziedziczyła Żuławska po matce. Zofia z Hanickich, na cześć której nazwano później toruński pensjonat, niezależna i kipiąca męską energią Podolanka, zostawiła męża w rodzinnym majątku na Wołyniu, by zamieszkać z córkami we Lwowie. Tam Kazimiera poznała swego przyszłego męża - młodopolskiego dramaturga Jerzego Żuławskiego. Żuławski był już wcześniej żonaty, na dodatek uwikłał się w romans z femme fatale polskiego modernizmu - aktorką Ireną Solską. Młodszą o dziewięć lat Kazimierę znał jeszcze jako podlotka i początkowo traktował jak siostrę. Miłość wybuchła w 1906 r. Rok później byli już małżeństwem.

Kiedy ogląda się stare zdjęcia Żuławskiej, uwagę przykuwają jej oczy. Żywe, bystre, pełne blasku. Nadają okrągłej twarzy rys szlachetności, zdradzają inteligencję. - Jak mawiała babcia, najważniejsze to zrobić rano twarz, a potem niech się dzieje, co chce - śmieje się Umeda. - Była bardzo elegancka. Nie wychodziła z domu bez kapelusza. Różowała policzki i koniuszki uszu.

Nie była piękna, ale potrafiła o siebie zadbać. Zakochała się we Francji, ale zamiast egzaltowanego sposobu bycia i artystowskich manier z ojczyzny Kartezjusza, wyniosła raczej szacunek dla rozumu i podziw dla dobrej sztuki. "Pojechałabym do Paryża. Na 3 miesiące, kwiecień, maj, czerwiec. Dostałabym tu wszelkie najtańsze adresy, wszelkie informacje" - pisała w jednym z listów do męża - "Zapisać się jako człek wolny już na wszystkie najlepsze wykłady i nic się nie uczyć samej, nic. Tylko wchłaniać wszystkimi porami, słuchać, słuchać, patrzeć i nurzać się. Wtedy bym, naprawdę, wiedziała coś o Francuzach, Francji i francuskiej literaturze". Po studiach we Lwowie udało jej się wyjechać do Szwajcarii. Obroniła tam doktorat z literatury francuskiej, pisząc pracę o bohaterkach kobiecych u Woltera. W międzyczasie urodziła dwóch synów - Marka i Juliusza. Trzeci, Jerzy Wawrzyniec, przyszedł na świat w 1915 r., tuż po śmierci Żuławskiego na tyfus.

W 1910 r. Kazimiera przeniosła się do Zakopanego, gdzie jej mąż kupił Witkiewiczowską willę "Pepita" (później "Łada"). Następne pięć lat to pasmo towarzyskich spotkań, dyskusji, suto zakrapianych zabaw do białego rana - idylla, którą przerwie najpierw wybuch pierwszej wojny światowej, później śmierć Żuławskiego.

Odtąd Żuławska żyła samotnie. A raczej bez mężczyzny przy boku, prowadząc jednak intensywne życie towarzyskie. Tłumaczyła też francuskich poetów, działała w Naczelnym Komitecie Narodowym jako prawa ręka Tetmajera, troszczyła się o zakopiański pensjonat, w którym bywali Tymon Niesiołowski, August Zamoyski, Józef Wittlin i Witkacy. Tego ostatniego znała jeszcze z czasów, kiedy Stary Witkiewicz, zwolennik starożytnych metod edukacji, zapisał go na naukę do jej męża. Rozumieli się świetnie, utrzymywali później korespondencję i odwiedzali się nawzajem, ale czy było między nimi coś więcej? Pani Agnieszka odstawia filiżankę z herbatą i śmieje się, nieco zakłopotana moim pytaniem. Ma te same, żywe oczy, co Żuławska. - Mimo że był zaledwie dwa lata młodszy, babcia zawsze mu matkowała. Traktowała go jak dziecko - mówi.

Nie znaczy to, że Żuławska nie doceniała Witkiewicza. Pisane przez nią listy i recenzje pełne są zachwytu nad jego talentem. Umeda: - To właśnie ona namówiła Witkacego, żeby pokazał światu swoje dramaty. Wcześniej chował je po szufladach.

Pomorzomania

Kiedy skończyła się pierwsza wojna światowa, na fali patriotycznego zrywu Żuławska wyruszyła do Torunia. Na Ziemie Odzyskane przenosiło się wtedy wielu artystów - Fałat, Przybyszewski, Grzymała-Siedlecki, Ruffer. Inteligencja z krakowskich sal Turlińskiego i kawiarni artystycznych we Lwowie miała swoją misję - pomóc zniemczonym mieszczanom w powrocie do macierzy, wyedukować ich, wszczepić w filisterskie serca romantyczno-modernistyczne podejście do spraw sztuki, którego pozbawiła ich żelazna ręka niemieckiej cenzury. Była w tym szlachetność, ale i pewien elitaryzm, nie do końca skrywane poczucie wyższości. Zupełnie jakby po chłopomanii z początku wieku przyszedł czas na pomorzomanię, w której Hanusię Tetmajera i Jadwisię Rydla zastąpić miały urokliwe aktorki prowincjonalnych teatrów.

- Może zadecydowały też względy materialne. Życie w Toruniu było wówczas dużo tańsze - mówi Umeda.

Kazimiera Żuławska sprzedała "Ładę", która kilka lat później doszczętnie się spaliła, nabywając w Toruniu pogrążoną w zieleni pruską kamienicę z 1876 r. przy Bydgoskiej 26. Miasto odżywało wtedy po pruskim zaborze i wojnie światowej. W 1920 r. liczyło nieco ponad 37 tys. mieszkańców; dziesięć lat później - już prawie 54 tys. Bydgoskie Przedmieście było jedną z lepszych dzielnic - brukowane uliczki, blisko na Stare Miasto, tętniący życiem XIX-wieczny park, kanalizacja i gazowe latarnie. Do tego kina, muszla koncertowa, kawiarnie i letnie restauracje. No i Zofijówka.

Dom przy Bydgoskiej odwiedzali najwięksi luminarze polskiej kultury. Na stałe mieszkała w nim niemal połowa miejscowego teatru: scenograf Feliks Krassowski, kompozytor Marceli Popławski, aktorki, na czele z Wandą Malinowską, Marią Malanowicz-Niedzielską, Marią Wilkoszewską i młodziutką Elżbietą Łabuńską. Całości obrazu dopełniała plejada mniej lub bardziej egzotycznych w tym towarzystwie postaci, począwszy od gruzińskich generałów Czołgaszwilego i Bacharadzego, poprzez ekonomistę Aleksandra Nowińskiego i kapitana Stoklasę, późniejszego komandora polskiej marynarki wojennej z czasów drugiej wojny światowej, na niemieckich lokatorach z drugiego piętra kończąc.

Błaznowanie na Bydgoskim

Organizowane w Zofijówce wieczorki przeciągały się nieraz do białego rana. Życie towarzyskie koncentrowało się w salonie na parterze. Witkacy, zwykle na niezłym rauszu, kropił tu kolejne portrety, aktorzy rozprawiali o najnowszych sztukach, Niesiołowski dyskutował zawzięcie ze Szpakiewiczem i Popławskim, albo brał się za sztalugi - wszystko to w luźnej, przyjacielskiej atmosferze, w morzu alkoholu i przy akompaniamencie głośnej muzyki. Pośród kłębowiska domowników i gości przechadzał się niekiedy reżyser Juliusz Osterwa, wciśnięty w ułański mundur poeta Karol Zawodziński, albo i sam mag-Confiteor Przybyszewski, wesoły, jak pisał Boy-Żeleński, "ową niebezpieczną i jakże bliską rozpaczy wesołością" (kilkunastoletni wówczas syn Żuławskiej Marek - później słynny malarz - wspomina w swojej biografii, że autor "Dzieci Szatana" podszedł kiedyś do niego z poważną miną i zapytał: - Czy wiesz, chłopcze, co to delirium tremens? Chłopak pokręcił przecząco głową. - To żałuj - odparł Przybyszewski, po czym oddalił się dostojnym krokiem). Centrum ogromnego pokoju stanowił fortepian, przy którym siadywała nieraz sama pani domu. Grała wtedy pieśni Karłowicza, utwory Chopina, Mendelssohna i Brahmsa. Talent odziedziczyła po ojcu, który zarabiał jako wiolonczelista. No i po dziadku, co zawsze chodził boso, nosił kaszkiet i jedwabne koszule, i jeszcze jako starzec z siwą, spiczastą brodą potrafił uciec z majątku na Wołyniu, by uczyć się gry na pianinie u wiedeńskich mistrzów.

W Zofijówce błaznowano na potęgę. Celował w tym Witkiewicz, strasząc ciotkę Żuławskiej głośnymi okrzykami, ilekroć ta otwierała mu drzwi. Kiedyś wysłał na Bydgoską kartkę pocztową, adresując ją: "Pani Kożmór Draźniera Bydgoska, willa Żuławka, ul. Zofijska N.26, Toruń" i podpisując się jako Onanisław Spermacy Wyfiutkiewicz. Co dziwniejsze, przesyłka została doręczona.

Były i dyskusje o poważniejszych sprawach. Witkiewicz namówił dyrektora teatru Szpakiewicza, by ten wystawił jego sztuki. W 1923 r. w Toruniu odbyła się premiera "W małym dworku". Rok później wystawiono "Wariata i zakonnicę", a właściwie "Wariata i pielęgniarkę", bo tytuł zmieniono, by nie drażnić Kościoła. Pomorska publiczność nie rozumiała teorii czystej formy, uznając kontrowersyjne dzieła za tanią prowokację. W 1924 r. Witkacy wystawił w sali Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych kolekcję portretów, która zbulwersowała część przedstawionych na nich osób.

Goście Zofijówki uczestniczyli czasem w spotkaniach Konfraterni Artystów, elitarnego klubu założonego w 1920 r. m.in. przez Juliana Fałata i Eugeniusza Grosa, który co czwartek zbierał się w piwnicy ratusza. Podchmieleni mistrzowie wkładali wówczas długie szaty z kapturami, śpiewali hymn stowarzyszenia, przede wszystkim jednak dyskutowali o sztuce i raczyli się likierami, sporządzanymi na miejscu przez toruńskich rzeźbiarzy Ignacego Zelka i Wojciecha Durka. O dziwo, w podniosłych rytuałach nie uczestniczył najgorliwszy niegdyś wyznawca kultu artysty Stanisław Przybyszewski. Toruński okres to jego zmierzch - dawny Stach-prowokator to w latach 20. urzędnik kolejowy z Gdańska, który w grodzie Kopernika szukał przede wszystkim spokoju i tylko czasami miewał przebłyski dawnej świetności. W intelektualnym światku brylowali za to młodopolski krytyk Artur Górski, filozof Roman Ingarden, malarz Eugeniusz Gros. Czasem na Bydgoskiej zatrzymywali się Karol Zawodziński i Juliusz Osterwa. Ten ostatni próbował kaperować aktorów miejscowego teatru do warszawskiej Reduty. Udało mu się ściągnąć Malanowicz-Niedzielską, która zagrała m.in. w "Przepióreczce" Żeromskiego. - Nic dziwnego, bo była nie tylko piękną kobietą, ale i świetną aktorką - mówi Zygmunt Malanowicz, jej siostrzeniec, dziś słynny aktor Teatru Rozmaitości, który ma za sobą występy w filmach Romana Polańskiego i Andrzeja Wajdy. - Profesor Modrzewski w Reducie wołał na nią "Myrka".

W Toruniu nazywano ją Dolores albo Murcia. Podkochiwał się w niej najstarszy syn Żuławskiej, Marek. Zapewne ciężko przeżył jej wyjazd do Warszawy. Złotowłosa wilnianka, żona posła Tadeusza Niedzielskiego, pisała regularnie do pani Kazi, ale do Torunia już nie wróciła. Podczas drugiej wojny światowej zginęła od zabłąkanej kuli, która w czasie strzelaniny wpadła przez okno do kawiarni aktorów na Mazowieckiej.

Twarz jak z obrazu Grottgera

Wcześniej jednak była świadkiem przeprowadzki Żuławskiej do Warszawy. Zofijówka istniała bowiem tylko pięć lat - już w 1926 r. pani Kazia wyjechała do stolicy, gdzie miała przebywać (z małą przerwą na Łódź) aż do śmierci w 1972 r. Mieszkała na Żoliborzu, Śródmieściu, Mokotowie. Dalej obracała się wśród artystów, prowadziła otwarty dom, ale już nie pensjonat. Na to nie było pieniędzy, zresztą zmieniły się czasy - salony w stylu Młodej Polski były już przeszłością, aktorzy rozjechali się po Polsce, Przybyszewski zmarł, Witkacy szybko się nudził. Żuławska żyła z tłumaczeń, dorywczej pracy z ZUS-ie, później wspierali ją synowie - Marek, malarz na emigracji w Londynie, Juliusz, pisarz i wieloletni prezes Penklubu, w końcu najmłodszy Wawrzyniec, taternik i alpinista, który zginął podczas akcji ratunkowej na lodowcu Mont Blanc w 1957 r. - Babcia zawsze się o niego bała, już od momentu urodzenia. Może miała jakieś przeczucia? - zastanawia się Umeda. - Była jednak silną kobietą.

Marek Żuławski pisał w artykule o matce, że z pogrzebu męża wracała "z twarzą suchą i groźną jak z obrazu Grottgera". Przez jego wspomnienia przebija podziw dla siły matki, ale i tajona pretensja, że nie okazywała mu w dzieciństwie czułości. Umeda: - Jej świat to były kawiarnie, zabawy, dyskusje do rana. Domem zajmowała się ciocia Józia. To ona wyprawiała dzieci do szkoły, myła i kładła je spać.

Dziś Żuławską pamięta się raczej w Izraelu, nie w Polsce. Podczas drugiej wojny światowej ukrywała w swoim mieszkaniu Żydów. Karmiła ich, pomagała znaleźć zatrudnienie, wyrobić fałszywe paszporty na polsko brzmiące nazwisko, uciec do klasztoru. Izraelska organizacja Yad Vashem odznaczyła ją i Wawrzyńca medalem zasłużonych dla narodów świata. W jej teczce piętrzą się relacje osób, którym uratowała życie. Niejednokrotnie balansowała przy tym na granicy szaleńczego ryzyka - nie tylko pozwalała Żydom u siebie mieszkać, ale jeszcze przekupywała gestapo, kiedy następowała dekonspiracja.

Po wojnie mogła wyjechać do Londynu, namawiał ją do tego Marek Żuławski. - Nie mogłabym mieszkać w kraju, w którym nie umieją zrobić przyzwoitej kawy - odpowiadała ze śmiechem. Synowie dobrze rozumieli, że nie chodzi o kawę, tylko o Polskę.

No a co z Zofijówką? Budynek przy ul. Bydgoskiej stoi do dziś, tyle że otynkowany. Niemal nie zmieniła się za to drewniana wieżyczka, w której niegdyś bawili się mali Żuławscy. W gmachu mieści się dziś gabinet kosmetyczny i, zupełnie jak dawniej, przytulne mieszkania. Zaczepiam jednego z przechodniów. - Wie pan, co działo się w tym domu w latach 20.? - pytam.

Krępy mężczyzna przed czterdziestką drapie się po głowie: - Bo ja wiem? Słyszałem, że gdzieś na Bydgoskiej był jakiś konsulat. Więcej nie wiem - wzrusza ramionami.

Inni też wzruszają.

Przy pisaniu artykułu korzystałem m.in. z książki Juliusza Żuławskiego „Z domu”

bydgoskie przedmiescie

 

niedziela, 11 stycznia 2009, rogalpa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/01/11 23:15:44
świetny artykuł.
-
2009/01/12 21:12:55
A i owszem, świetny. :)
-
2009/01/13 10:25:43
Świetny, bardzo :)

ostrzegam takich historii na Bydgoskim może być więcej....

-
Gość: Magda, *.tvk.torun.pl
2013/10/12 12:08:19
Nocny pożar kamienicy w Toruniu. Trzy osoby zginęły: www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20131012/TORUN01/131019789
-
2018/02/27 21:41:14
Ciekaw czy plany zmiany nawierzchni na bydgoskiej wejdą w życie, rozumiem że bruk jest głośny i śliski , ale nadaje niezwykłego charakteru tej ulicy i moim zdaniem powinien tam pozostać